Poprzedni temat «» Następny temat
Jasne Skały
Autor Wiadomość
Świetlistooki
Gwiezdny



Klan:
gwiezdni

Księżyce: Więcej niż gwiazd na Srebrnej Skórze
Płeć: kocur
Wysłany: 2018-06-11, 20:24   Jasne Skały
   Wygląd: Dość duży choć szczupły, lekko zbudowany kocur o gładkiej sierści. Oczy zadziwiające, niezwykłe, o głęboko orzechowej barwie. Lekko postrzępione prawe ucho i cienka długa blizna ciągnąca się po prawym boku od kręgosłupa, poprzez żebra aż do brzucha. Wyraźne oznaki siwizny widoczne na pyszczku i świadczące o zaawansowanym wieku kota przed śmiercią. Futro miedziano rude poprzecznie prążkowane czarnym pigmentem. Wierzch głowy, grzbiet oraz pyszczek wyraźnie ciemniejsze- czarna pręga wzdłuż kręgosłupa oraz końcówka ogona. Spód ciała nieco jaśniejszy.


Wschodnia część terenów klanu Wichru to głównie tereny równinne, takie jak Bzycząca Polanka i Świszczące Trawy. Na trawiastej równinie pomiędzy Kolczastymi Krzewami a Szarymi Topolami znalazło się skupisko głazów różnej wielkości – na większości z nich mogłoby zmieścić się nawet parę kotów naraz. Idealne miejsce na wypoczynek, ale i też na polowanie, bo w okolicy jest sporo gryzoni.
_________________
im ciemniejsza noc, tym jaśniejszy dzień
światło ma moc i nie zgasi go cień
światło ma moc, ciemność jej nie ogarnia
choć cienie są zawsze po drugiej stronie światła
Ostatnio zmieniony przez Topniejący Lód 2020-04-21, 14:20, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Zajęczy Sus
Gwiezdny
trwam


Klan:
wicher

Księżyce: 93 [ lipiec ]
Mistrz: Fiołkowy Świt
Płeć: kocur
Matka: Miętowooka [*]
Ojciec: Twarda Gwiazda [*]
Partner: Sokoli Cień
Multikonta: Porywista Gwiazda, Miodowa Łapa (KW); Kąsające Zimno (KC); Borsucza Łapa (KG)
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-14, 12:51   
   Wygląd: Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=175334#175334


Było mu źle. Czas, jaki spędził poza obozem – na ziemiach niczyich, potem na terenach klanu, ale gdzieś w ukryciu, pomiędzy drzewami i krzewami – nie sprawił, by było mu jakkolwiek lepiej. Wciąż nie miał ochoty na rozmowy, na to, by widzieć kogokolwiek z klanu, nawet Sokoła; doszedł nawet do wniosku, że odczuwa złość na swojego partnera i chyba wolałby porozmawiać z kimkolwiek innym, o ile w ogóle by musiał. Wciąż nic nie jadł. Było mu z głodu już słabo, ale nie chciał wracać do obozu – był tam tylko na krótką chwilę, gdy po treningu odprowadzał Splątaną, a potem posłał jej spłoszone, przepraszające spojrzenie… i czmychnął w noc.
Noc nie była zbyt ciepła i wiał wiatr, poruszający jego gęstym futrem. Pałętał się między Płaczącymi Wierzbami a Świszczącymi Trawami; chciał coś upolować, ale nie był w stanie się skupić, wszystko mu uciekało spod łap. Westchnął ciężko, po czym udał się w stronę Jasnych Skał. Księżyc oświetlał mu drogę, gdy przemierzał równinę porośniętą wysokimi trawami, które kryły go w całości, bo w końcu był niskim kotem, i zastanawiał się, czy… czy mu to minie? Czy będzie w stanie spojrzeć w pyski swoim bliskim, przyjaciołom, znajomym, podopiecznym, terminatorom? Partnerowi? Co musiało się stać, by mu… przeszedł ten dziwny stan, ta okropna niechęć? Zagryzł wnętrze pyska, a gdy dotarł do swojego celu – położył się przy jednym z głazów, zawinął się ogonem i trwał w ciszy, nie śpiąc, ale też nie do końca czuwając, był bowiem tak pochłonięty własnymi myślami, wątpliwościami i strachem, że nie był w stanie w pełni zwracać uwagi na otoczenie.

/ Sokół
  Statystyki - lvl: 8 | S: 14 | Zr: 21 | Sz: 16 | Zm: 11 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Sokoli Cień
Gwiezdny
Skrzydło



Klan:
wicher

Księżyce: 97 [VII]
Mistrz: Malinowy Nos
Płeć: kocur
Matka: Tymiankowy Listek [NPC] (*)
Ojciec: Czyżykowy Głos [NPC] (*)
Partner: Zajęczy Sus
Multikonta: Racza Sadzawka (KW), Tonące Słońce (S), Koziczy Skok (KG), Lodowy Pył (KC), Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Krzykliwa Mewa (GK) i inni
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-15, 11:59   
   Wygląd: Wszechogarniającą czerń rozjaśniają tylko dwa punkty, od których można spokojnie dostać gęsiej skórki. Oczy Sokoła, które w kocięctwie były krystalicznie wręcz niebieskie, stały się złote, lśniące i w istocie wielce niepokojące, przypominają bowiem ślepia drapieżnika, od którego pochodzi imię kocura. Jego uszy nadal są raczej niewielkie, dość szerokie u nasady, osadzone na płaskim łbie i w dużej mierze kryją się pośród długiej, lśniącej sierści Sokoła. Jego szczęka stała się mocniejsza, tak jak i całe ciało, które zdecydowanie nie jest już ciałem kocięcia, lecz kocura wkraczającego w dorosłość. Syn Czyżykowego Głosu i Tymiankowego Listka jest bowiem krępy, dość wysoki, jego łapy zdecydowanie pokazują, jak wielka kryje się w nich siła, a szeroki kark podpowiada, że lepiej z nim nie zadzierać...
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=169135#169135


- Zawiedziony?
Przyszedł. Wiedział, że Zając znowu przed wszystkim ucieka, że nie może się pogodzić z tym, co się stało, że pognał gdzieś przed siebie, na nieznane wody, kiedy ceremonia, jeśli tak można było to nazwać, potoczyła się w złym kierunku. W jego odczuciu. Sokół nie żałował swojego wystąpienia, swoich słów i swoich racji, wiedział, że umie myśleć samodzielnie i właśnie to udowodnił, nie zaś podkulał pod siebie ogon albo krzyczał bez sensu. Nie ufał Gradowi, nie zamierzał pozwalać mu szkolić własnego syna, nie mówiąc już zupełnie o tym, że nie zamierzał pozwalać na to, by kocur poprowadził cały Klan, bo potknąłby się na pierwszym lepszym kamieniu. Zając miał na to nieco inne spojrzenie, wiedział, że nie będą się tutaj zgadzali, ale cóż, nie było szans na to, by zawsze, w każdej chwili, byli po prostu jednomyślni.
Pożywienie. Przyniósł mu całkiem sporego królika, którego upolował z myślą o partnerze, wiedział bowiem, że ten raczej nic do tej pory nie jadł. Był jak oszalały, nomen omen, zając i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Sokół go za to nie winił. Nie winił go również za potencjalną złość na niego, bo w końcu nie był idealny, a pewnie jego przemowa śmierdziała również buntem. Był jednak, jakby na to nie patrzeć, również wnukiem Porannej Rosy, a zatem w jego żyłach płynęła ta sama krew, która pchała go ku zachowaniom nie nazbyt eleganckim i subtelnym, ale przynajmniej nie rzucał się nikomu do gardła. Całkiem spokojnie przedstawił swoje argumenty i nie uważał, żeby Grad miał rację. Słowo przywódcy jest prawem – przywódcy, który zdradza ich i ucieka niczym największy tchórz? Mają mu zaufać, bo w gniewie i przekorze wybrał na zastępcę pierwszego lepszego wojownika wycierającego sobie gębę Kodeksem? Nie.
_________________
never say die...............
...............never say no
you got to look them in the eye
a n d . d o n ' t . l e t . g o

when it's your own blood you'll bleed
and your own t e a r s you'll c r y
when you're bought up to believe
that it's the strong who survive
✫ NEVER SAY DIE ✫
  Statystyki - lvl: 8 | S: 28 | Zr: 14 | Sz: 11 | Zm: 10 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Zajęczy Sus
Gwiezdny
trwam


Klan:
wicher

Księżyce: 93 [ lipiec ]
Mistrz: Fiołkowy Świt
Płeć: kocur
Matka: Miętowooka [*]
Ojciec: Twarda Gwiazda [*]
Partner: Sokoli Cień
Multikonta: Porywista Gwiazda, Miodowa Łapa (KW); Kąsające Zimno (KC); Borsucza Łapa (KG)
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-17, 13:08   
   Wygląd: Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=175334#175334


Drgnął lekko, gdy usłyszał głos drugiego kota. Dotarł do niego z opóźnieniem i jakby z daleka, ale jednak. Uchylił powieki, by pustym wzrokiem spojrzeć na Sokoła, który nie tylko postanowił go odnaleźć, ale także przyniósł mu pożywienie. Nie potrafił… docenić gestu, ani nawet obecności kocura. Nie odczuł radości, jakiegokolwiek przyjemnego dreszczu, gdy dostrzegł jego obecność, a wręcz przeciwnie, całe jego jestestwo buntowało się przed rozmową z nim, przed patrzeniem mu w oczy, a co dopiero przed udawaniem, że jest w porządku. Nic nie było w porządku. Zachowanie całego klanu zostawiało wiele do życzenia, a najbliższy mu kot… w jego odczuciu zachował się karygodnie. Och, podobnie zresztą jak Krucza Gwiazda, który… który ich pozostawił samym sobie, bez słowa wyjaśnienia, pożegnania, bez czegokolwiek. Ale tu nie chodziło o syna Jaśminowego Płatka. Nie; tu chodziło o krzyk, wrzask, wrzawę, wyciąganie brudów, wypominanie wszystkich błędów, choćby już dawno straciły ważność, wyzwiska, wszystko to było okropne. Wicher pokazał się z najgorszej strony, na czele z Sokołem, który – pomimo zachowania względnego spokoju – zaczął również obrażać Kruczą Gwiazdę i jego osąd. To, że Grad został wybrany przez niego na zastępcę… COŚ ZNACZYŁO. Nie mogli teraz splunąć i na przywódcę, który odszedł (przez nas, cisnęło mu się na myśl), i na zastępcę, który był obecnie kotem najwyższym rangą w klanie, z wyjątkiem Niezapominajkowego Serca, jednak medyk przecież nie przejmie władzy… A jednak to zrobili. Nie było odwrotu. Coś pękło i Zajęczy Sus nie był w stanie usprawiedliwiać klanowiczów, swojego terminatora, Krzykliwej Mewy, Gawrona, czy wreszcie samego Sokoła. Coś pękło i właśnie się rozpadało, coś w jego wnętrzu, ale także coś pomiędzy nim i resztą świata.
Zamknął ponownie oczy, nie patrząc ani na swojego partnera, ani na jedzenie. Nie chciał jeść. Nie chciał rozmawiać. Nie chciał tu być. Ale w takim razie czego chciał? Milczał dobrą chwilę, po czym zachrypniętym, pustym głosem odpowiedział:
Między innymi.
  Statystyki - lvl: 8 | S: 14 | Zr: 21 | Sz: 16 | Zm: 11 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Sokoli Cień
Gwiezdny
Skrzydło



Klan:
wicher

Księżyce: 97 [VII]
Mistrz: Malinowy Nos
Płeć: kocur
Matka: Tymiankowy Listek [NPC] (*)
Ojciec: Czyżykowy Głos [NPC] (*)
Partner: Zajęczy Sus
Multikonta: Racza Sadzawka (KW), Tonące Słońce (S), Koziczy Skok (KG), Lodowy Pył (KC), Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Krzykliwa Mewa (GK) i inni
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-22, 08:44   
   Wygląd: Wszechogarniającą czerń rozjaśniają tylko dwa punkty, od których można spokojnie dostać gęsiej skórki. Oczy Sokoła, które w kocięctwie były krystalicznie wręcz niebieskie, stały się złote, lśniące i w istocie wielce niepokojące, przypominają bowiem ślepia drapieżnika, od którego pochodzi imię kocura. Jego uszy nadal są raczej niewielkie, dość szerokie u nasady, osadzone na płaskim łbie i w dużej mierze kryją się pośród długiej, lśniącej sierści Sokoła. Jego szczęka stała się mocniejsza, tak jak i całe ciało, które zdecydowanie nie jest już ciałem kocięcia, lecz kocura wkraczającego w dorosłość. Syn Czyżykowego Głosu i Tymiankowego Listka jest bowiem krępy, dość wysoki, jego łapy zdecydowanie pokazują, jak wielka kryje się w nich siła, a szeroki kark podpowiada, że lepiej z nim nie zadzierać...
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=169135#169135


- Mmm – burknął po swojemu i usiadł spokojnie, bo wcale nie zamierzał się kłócić z Zającem, umiał powstrzymać już gniew i całą gamę innych emocji, nie pluł się, nie zamierzał go również atakować, wiedział bowiem, że jego partner jest o wiele delikatniejszy i emocjonalny od niego. Teraz zaś, gdy na niego patrzył domyślał się, że ma do niego żal. Że jest zagniewany i rozgoryczony, że nie podoba mu się to wszystko, co się wydarzyło i Sokół pojął, że dla Zająca Kodeks i rangi mają o wiele większe znaczenie niż dla niego, który ma mocne poczucie obowiązku dbania o Klan. Nie w sposób bezmyślny, wycierając pysk zasadami, ale w sposób, który naprawdę się do tego nadaje. Nie miał za złe Zającowi tego, że postępował w taki, czy inny sposób, uważał, że ma do tego pełne prawo, jednak nie mógł zgodzić się z jego osądem sytuacji. Pytanie, czy syn Twardego umiał pogodzić się z hardością i niezłomnością potomka Czyżyka, który daleki był od gięcia karku przed kotem nie posiadającym szacunku.
- Zając – odezwał się cicho, mrukliwie. – Kiedyś kazałeś mi mówić o tym, co czuję, bo to źle, kiedy się wszystko w sobie dusi. To odnosi się też do ciebie. Widzę, jak się dusisz. Jeśli mnie nienawidzisz, to powiedz to. Ostrzegam, że jestem bardzo uparty i będę siedział tutaj tak długo, aż zaczniesz mówić – dodał poważnie i bez względu na wszystko: nie kłamał. Umiał być zdecydowany w swoich działaniach, a dbanie o dobro Zająca było jednym z nich. Gdyby partner teraz go odrzucił, z pewnością by to uszanował, ale nie przestał się o niego troszczyć. Chciał jednak wiedzieć, co Zając czuje, czy jest jeszcze cokolwiek, co go tu trzyma, jakikolwiek kot, którego szanuje, czy nikt taki po prostu nie istnieje. Chciał wiedzieć, czy czuje na niego złość. Czy stracił do niego jakiekolwiek zaufanie i ślady miłości. Musieli porozmawiać, a nie chować się po krzakach.
_________________
never say die...............
...............never say no
you got to look them in the eye
a n d . d o n ' t . l e t . g o

when it's your own blood you'll bleed
and your own t e a r s you'll c r y
when you're bought up to believe
that it's the strong who survive
✫ NEVER SAY DIE ✫
  Statystyki - lvl: 8 | S: 28 | Zr: 14 | Sz: 11 | Zm: 10 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Zajęczy Sus
Gwiezdny
trwam


Klan:
wicher

Księżyce: 93 [ lipiec ]
Mistrz: Fiołkowy Świt
Płeć: kocur
Matka: Miętowooka [*]
Ojciec: Twarda Gwiazda [*]
Partner: Sokoli Cień
Multikonta: Porywista Gwiazda, Miodowa Łapa (KW); Kąsające Zimno (KC); Borsucza Łapa (KG)
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-22, 12:01   
   Wygląd: Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=175334#175334


Sokół. Dryf. Krzykliwa. Pstra. Gawron. Lśnienie. Len. Zawiedli go, a nawet gorzej: ich ostre słowa, osądy, krzyki, gniew, brak poszanowania dla Kodeksu Wojownika, dla zastępcy… bolało go to i sprawiło, że nie był w stanie patrzeć nawet na bliskie sobie koty, nawet na tych, którzy nie pisnęli słówkiem podczas tej awantury. Powołując się na Kodeks Wojownika w twierdzeniu, że Gradowy Podmuch został zastępcą w sposób niezgodny z zasadami, sami w odczuciu Zajęczego Susa łamali Kodeks. Ten bowiem mówił jasno: słowo przywódcy jest prawem, a zastępca zostaje przywódcą, kiedy poprzedni przywódca umiera. Och, Krucza Gwiazda nie umarł. Porzucił ich, przez ich samych i zapewne przez to, że nie mógł dłużej tego znieść, ale wciąż… na jego miejsca powinien wstąpić zastępca. Powinna być ciągłość władzy. Tymczasem jednak im nie pasowało, bo Grad popełnił parę błędów i w ich odczuciu nie zasługiwał na choćby odrobinę szacunku… To, że syn Stokrotkowej Łąki miał zamiar udać się do miejsca kontaktu z Gwiezdnym Klanem nie świadczyło o tym, że był łasy na wysokie stanowisko. Tak po prostu było – od zawsze.
Och, Zając też miał swoje za uszami. Wypowiadał się nawet na ostatnim zebraniu, jednak… sądził, że stara się to zrobić w spokojny sposób. Przede wszystkim bronił swojego brata i wyrażał brak zaufania do Pstrej Chmury. Ale potrafił to zrobić bez obrażania innych, bez hipokryzji – powoływania się na Kodeks, gdy samemu jak widać się go tak nie szanuje… Wiedział, że sam wtedy poniekąd wystąpił przeciwko decyzji Kruczej Gwiazdy, jednak nie rozumiał po prostu, czemu Pstra Chmura miała po prostu wrócić na stanowisko, na którym nigdy, w jego odczuciu, i tak się nie sprawdzała. A co zrobił takiego Grad jako zastępca, jaką zbrodnię popełnił, by nie mógł zostać przywódcą? Był lojalny wobec klanu, wypełniał swoje obowiązki, a że czasami podczas swojego bycia zastępcą popełniał błędy – kto ich nie popełniał?
Słowa Sokoła sprawiły, że futro na grzbiecie wojownika najeżyło się lekko, a sam kocur poderwał się na równe łapy, posyłając czarnofutremu wręcz gniewne, chociaż i jednocześnie jakby… spłoszone spojrzenie.
Nie naciskaj na mnie – warknął wręcz, wbijając pazury w podłoże. Rozgniewało go to. Nie mógł… po prostu poczekać, aż będzie w stanie o tym rozmawiać? Wiedział, że muszą, nie był głupim kociakiem, żeby nie wiedzieć i się kryć. Za dużo w nim teraz siedziało, żeby to po prostu zostawić; nie był w stanie udawać, że jest w porządku, kiedy nic nie było, kiedy w oczach rozpadł mu się obraz jego klanu, jego rodziny, jego terminatora, jego partnera, jego bliskich i znajomych. Zaczął dreptać w tę i z powrotem… i milczał. Milczał długo, niczym zaklęty, nie patrząc na kocura i tylko strzelając nerwowo ślepiami.
I w końcu zaczął mówić. O tym, że Gwiezdni powinni o nich zapomnieć i ich wszystkich potępić, bo zachowywali się jak zwykła zgraja kotów, które były sobie obce i których nie łączyła żadna tradycja, żadne zasady, żadne więzy, nic. O tym, że ich własny przywódca miał dość pretensji, krzyków, wypominania błędów. Że sami doprowadzi do tego, że ich PORZUCIŁ, na osty i ciernie, jaki klan robi coś takiego? O tym, jak się zwyczajnie ZAWIÓDŁ postawą części klanu. O tym, jak nie miał ochoty na nikogo patrzeć po tym, co zrobili. O tym, że zasłaniając się Kodeksem… sami go nie szanowali. O tym, jak NIKT, NIGDY, skoro im tam Grad teraz nie pasuje, nie pisnął ani słówka na temat tego, że hej, może Gradowy Podmuch nie powinien być zastępcą, klan ma innych wojowników, których wybór będzie zgodny z Kodeksem? NIGDY. Protesty podczas zawalenia to jedno, jednak potem – czy ktoś, oprócz obrażania samego syna Stokrotki, zrobił coś dobrego, zaproponował cokolwiek, wyszedł z inicjatywą, w logicznych argumentach przedstawił klanowi i Kruczej Gwieździe, że kocur nie powinien być zastępcą? Tymczasem oni wszyscy sobie NAGLE uświadomili, że on zostanie przywódcą, gdy poprzedni zniknął. Całkiem jak gdyby to nie było JASNE, że jeżeli coś się stanie Krukowi, to właśnie GRAD zostanie nowym przywódcą. Nie wybielał przy tym Grada – tak, pomylił imię jego brata, tak, twierdził, że jego zniknięcie można jakkolwiek porównać do odejścia Pstrej Chmury, tak, inne rzeczy. Jasne, nie wytrenował wojownika, ale zastępcą już ZOSTAŁ. Ale czy Kodeks mówił, że trzeba do końca WYTRENOWAĆ wojownika, żeby zostać zastępcą? Doprowadzić do jego mianowania? Kot nie może być pasowany zastępcą, dopóki nie UCZYŁ choć jednego terminatora, wypluł ze złością cytat prosto z Kodeksu, który miał wbity do głowy, którego uczył się i powtarzał nocami. O, miał też inne wady, inne błędy na sumieniu, ale KAŻDY MÓGŁ SIĘ ZMIENIĆ i czy mieli winić w ten sposób każdego kota, który popełnił jakiś błąd? Czy za jego bratem w takim razie zawsze powinno ciągnąć się to, że się zgubił? Czy za nim samym powinna ciągnąć się sprawa Potoka, z którym sobie najwyraźniej nie poradził? Czy Sokołowi każdy powinien wypominać sprawę Bystrej, która przecież była jego terminatorką, albo Gawrona? Dalej mówił o tym, że jego ojciec był przywódcą przez Krukiem. O tym, że jeżeli każdemu przywódcy i zastępcy będą okazywać taki brak szacunku, będą na nich wręcz jawnie PLUĆ, to ten klan nie przetrwa, choćby nie wiem co. O tym, że wszystkich zwyczajnie poniosło, że to znowu było zawalenie, jeszcze raz i od nowa, a może powinni się czegoś w końcu nauczyć, zamiast cały czas robić to samo, cały czas się NISZCZYĆ od środka. Bo taka była prawda. Nie byli już silnym klanem, byli klanem rozdartym od środka, gnijącym. Stawali się sami sobie największymi wrogami.
I wreszcie, na koniec tej tyrady, wyrzucił z siebie, że ma dość. Że nie potrafi dłużej. I dopiero wtedy spojrzał na Sokoła.
  Statystyki - lvl: 8 | S: 14 | Zr: 21 | Sz: 16 | Zm: 11 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Sokoli Cień
Gwiezdny
Skrzydło



Klan:
wicher

Księżyce: 97 [VII]
Mistrz: Malinowy Nos
Płeć: kocur
Matka: Tymiankowy Listek [NPC] (*)
Ojciec: Czyżykowy Głos [NPC] (*)
Partner: Zajęczy Sus
Multikonta: Racza Sadzawka (KW), Tonące Słońce (S), Koziczy Skok (KG), Lodowy Pył (KC), Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Krzykliwa Mewa (GK) i inni
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-22, 12:41   
   Wygląd: Wszechogarniającą czerń rozjaśniają tylko dwa punkty, od których można spokojnie dostać gęsiej skórki. Oczy Sokoła, które w kocięctwie były krystalicznie wręcz niebieskie, stały się złote, lśniące i w istocie wielce niepokojące, przypominają bowiem ślepia drapieżnika, od którego pochodzi imię kocura. Jego uszy nadal są raczej niewielkie, dość szerokie u nasady, osadzone na płaskim łbie i w dużej mierze kryją się pośród długiej, lśniącej sierści Sokoła. Jego szczęka stała się mocniejsza, tak jak i całe ciało, które zdecydowanie nie jest już ciałem kocięcia, lecz kocura wkraczającego w dorosłość. Syn Czyżykowego Głosu i Tymiankowego Listka jest bowiem krępy, dość wysoki, jego łapy zdecydowanie pokazują, jak wielka kryje się w nich siła, a szeroki kark podpowiada, że lepiej z nim nie zadzierać...
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=169135#169135


Inny? Czy naprawdę nagle okazało się, że jest kotem innym od tego, jakiego znał Zając? Nie. Tylko złość, gniew i rozgoryczenie wyraźnie zasłaniało mu prawdę, przysłaniało wszystkie słowa, jakie do tej pory wypowiadał, jak jasno dawał mu do zrozumienia, że nie ma poszanowania dla Gradowego Podmuchu, że nie uważa go za dobrego wojownika. Czy kiedykolwiek powiedział coś innego? Nigdy. Poza tym na tym zebraniu nawet nie podniósł głosu, wyraził jedynie swoje wątpliwości, wspomniał o popełnionych przez kocura błędach, które jednak na kimś takim, jak zastępca, a zatem przyszły przywódca wyraźnie ciążą i bardzo jasno lśnią i przypominają o sobie. Nie ufał mu i nie bał się tego powiedzieć, nie uważał również, żeby Gradowy Podmuch miał prawo uważać, że cokolwiek im udowodnił, gdyż uczenie, a nauczenie to zupełnie dwie różne sprawy, o czym świadczyło wielu wcześniejszych wojowników i terminatorów. Tak czy inaczej na razie zachowywał całkowity spokój, nawet wtedy, kiedy Zając na niego wyskoczył, jakby kazał mu kogoś zamordować lub coś takiego. Nie mieli całego życia na uciekanie, kręcenie się w kółko, nie mieli również czasu na to, żeby zamiatać te sprawy pod dywan, tak więc wojownik po prostu siedział. Przypominał teraz kamienny posąg, bo nie drgał mu nawet jeden wąs. Był, jak powiedział, uparty, co do tego nie było najmniejszej wątpliwości, więc w całkowitej ciszy i spokoju wysłuchał tego, co Zając ma mu do powiedzenia. I nie było widać po nim chociażby cienia gniewu, rozczarowania, czy czegokolwiek takiego.
- Rozumiem – powiedział burkliwie, ale najspokojniej na świecie. – Usiądź, jeśli masz chęć, i wysłuchaj teraz mnie – dodał spokojnie patrząc na niego bez większych emocji. Nie były tutaj potrzebne, nie trzeba było skakać sobie do gardeł, warczeć i wywrzaskiwać własnych racji, nie trzeba było tutaj niczego podobnego, naprawdę. Sokół był w tej chwili z całą pewnością o wiele bardziej opanowany niż Zając, ale już od dawna było wiadomo, że on swój gniew i całą resztę zamyka głęboko w sobie, barykaduje i nie pokazuje tego innym.
- Więc… – zaczął i zamyślił się na chwilę. – Zacznę od tego, że gdyby Gwiezdny Klan nas za to potępiał, to posłuchałby słów Krzykliwej Mewy i Gradowy Podmuch przeszedłby po jej trupie na spotkanie z przodkami. Wiemy oboje, że oni są zdolni do wszystkiego. Tymczasem dali nam znak, żebyśmy przestali się odzywać, a Szałwia wyruszył z Krzykliwą Mewą na spotkanie z Gwiezdnymi, żeby powiedzieli mu wprost, co myślą. Gdyby naprawdę uważali nas jedynie za buntującą się bandę bez żadnych podstaw do tego, by się sprzeciwiać zastanemu stanowi rzeczy, na pewno konsekwencje naszego nieposłuszeństwa były o wiele cięższe – zakomunikował, a potem odetchnął głębiej. Rzadko kiedy długo przemawiał, ale teraz zanosiło się na to, że musi wszystko, dokładnie wszystko, wyłożyć Zającowi, który był rozgoryczony i tak zapatrzony w słowa Kodeksu Wojownika, że nie dostrzegał obecnie jego niuansów, a co gorsza, klepał go z pamięci zamiast zastanowić się nad sensem tego, co z siebie wyrzuca.
Kruk. Sokół bardzo spokojnie wyjaśnił, że gdyby przywódca przestał obrażać się na każdą rzecz, jaka mu się nie podobała, gdyby postanowił wysłuchać tego, co Klan ma do powiedzenia, na pewno byłoby inaczej. Ale od czasu zawalenia obozu rzadko kiedy się pojawiał, rzadko kiedy z nimi rozmawiał i niczym jakiejś zasłony używał sławnego już stwierdzenia, że słowo przywódcy jest prawem – nawet nierozsądne, głupie i ustanowione wbrew racjonalnym protestom całego Klanu. Poza tym, podniósł Sokół, sam miał problemy z zaufaniem Krukowi, było ono chwiejne i niepewne, raz skłaniał się ku temu, że przywódca poszedł po rozum do głowy i nie poddał się histerii, potem zaś wracał do tego, że nie radzi sobie z powierzoną mu misją. Tak jak nie poradziła sobie Pstra Chmura, zauważył całkiem spokojnie patrząc wprost w oczy Zająca. Następnie zaś podważył wszystko po prostu znikając, odchodząc i nie mając zamiaru nikomu się z niczego tłumaczyć, zabrał swe dziewięć żywotów i przepadł bez śladu, a jak dowiedział się wojownik, zabrał ze sobą najpewniej również Żabią Łapę. Jeśli to było zachowanie mające dawać podstawy do zaufania mu bezgranicznie, to Sokół miał co do tego poważne wątpliwości. Tak, przyznał to ze spokojem, nikt wcześniej nie podnosił ponownie kwestii Gradowego Podmuchu, chyba że w prywatnych rozmowach z Kruczą Gwiazdą, o czym nie mogli wiedzieć i tak, Sokół jawnie przyznawał, że to był błąd z ich strony, że faktycznie obudzili się nie w porę i zdecydowanie za późno, jakby uznali, że Gradowy Podmuch sam pewnego dnia zniknie, co być może byłoby dla niego najlepszym rozwiązaniem, jednak, jak dodał, to akurat dyktowała mu jego własna antypatia do kocura. Na argument ponownie wyrzucony z Kodeksu Wojownika syn Czyżyka niemalże ciężko westchnął, ale powstrzymał się przed zjadliwym, zupełnie niepotrzebnym komentarzem. Uczył, to prawda, ale gdzie jest jakikolwiek dowód tego, że jakiegokolwiek kota czegoś nauczył? Wszyscy jego terminatorzy zniknęli, odeszli, postanowili porzucić Klan, a to nie świadczy o nim najlepiej, dopiero teraz istniała szansa, że Zaćmiona Łapa wybieli nieco imię swego mistrza. Dla Sokoła jednak była to sprawa iście niejasna i chociaż, co sam przyznał, daleki był od tego, by oceniać wojownika przez pryzmat wybryków jego ucznia, to jednak fakt, że Gradowy Podmuch do tej pory zostawał tyle razy mistrzem, ale nic nie osiągnął, był dość, trzeba to przyznać, wątpliwy. I właśnie z tego powodu również przyznał, że nie ufa mu na tyle, by uczył ich syna. Bardzo spokojnie zapytał, czy w jego odczuciu Gradowy Podmuch zmienił się od czasu, gdy obóz się zawalił, bo, jak zauważył, nie dostrzegł w nim do tej pory znacznej przemiany, a jego obrona Pstrej Chmury, przyzwolenie na wyzywanie przez nią innych kotów, tak samo jak przez Gawrona, który był kimś w rodzaju zdrajcy balansującego na cienkiej linie, nie świadczyły o nim nazbyt dobrze. Odetchnął głęboko, bo tak długie mówienie naprawdę nie było w jego stylu, ale skoro już Zając zaczął, to należało podjąć się tej wymiany zdań, by przypadkiem niczego nie pominąć. Jednocześnie Sokół robił wszystko, by go nie sprowokować do dalszych kłótni i wrzasków, do dalszej goryczy, złości i ucieczek. Zając musiał się najpierw uspokoić, musiał poradzić sobie sam z sobą, a potem postanowić, jaka jest jego decyzja co do dalszego życia.
Zawalenie? Być może, wojownik nie rozważał tego w tych kategoriach, ale teraz po namyśle przyznał partnerowi rację, po czym powiedział, że pomimo wrzasków i awantury w jego odczuciu Szałwia zdołał nad nimi zapanować i jako najbardziej racjonalny kot, jak również najbardziej do tego powołany, wziął sprawy w swoje łapy. To była dobra decyzja i świadczyła o tym, że mogą coś zrobić, jeśli opanują gniew. Ten zaś, jak zauważył, był niestety w wielu przypadkach uzasadniony. Gradowy Podmuch nie zawiadomił właściwie nikogo o zniknięciu Kruczej Gwiazdy, a ponieważ ten nie pojawiał się zbyt często publicznie, minęło trochę czasu nim reszta zaczęła się zastanawiać, o co chodzi. Nie powiedział na początku, że odbywały się jakieś poszukiwania – dlaczego w ogóle wcześniej o tym milczano? – oznajmił, że udaje się po prostu do przodków. Błąd wizerunkowy, co najmniej. Koty były złe z uwagi na porzucenie przez przywódcę, ale i z uwagi na zachowanie samego zastępcy. Nie bronił ich, nie, Zającu, zrozum to dobrze. Każdy wyraził własne zdanie i mógł zrobić to w sposób bardziej spokojny lub całkowicie niekulturalny. To, jak kto postępuje nie jest już jego sprawą. Problem jednak, zdaniem Sokoła, polegał na tym, że żadna ze stron nie chciała słuchać tej drugiej. Nie gnili od środka, ale byli wściekli, bo ich głos był szarpany, ignorowany i znieważany. Sokół przyznał szczerze, że liczy na to, że Szałwia na swej wyprawie znajdzie odpowiedzi i załagodzi wszystkie te spory, jednak i oni sami musieli sięgnąć do swych serc, umysłów i rozważań, by zdecydować, co czują, dokąd chcą iść i jak zapatrują się na Klan, bo Klan to nie jest władza, która dyktuje własne warunki, ale społeczność, która żyje dla siebie i dla każdego jej członka, od najmniejszego do największego, od najsłabszego do najsilniejszego i od najmłodszego do najstarszego, o czym chyba spora część kotów zapomniała.
- Dość? Czy możesz powiedzieć, czego dokładnie? Nie chcę cię złościć, Zającu, chcę jedynie wiedzieć, co czujesz – dodał na zakończenie bardzo spokojnie, ale jego burkliwy głos zdawał się być zachrypnięty po całej tej przemowie. W jej czasie w ogóle się nie poruszył, siedział w miejscu i jedynie raz na jakiś czas spoglądał w niebo, jakby szukał tam inspiracji.
_________________
never say die...............
...............never say no
you got to look them in the eye
a n d . d o n ' t . l e t . g o

when it's your own blood you'll bleed
and your own t e a r s you'll c r y
when you're bought up to believe
that it's the strong who survive
✫ NEVER SAY DIE ✫
  Statystyki - lvl: 8 | S: 28 | Zr: 14 | Sz: 11 | Zm: 10 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Zajęczy Sus
Gwiezdny
trwam


Klan:
wicher

Księżyce: 93 [ lipiec ]
Mistrz: Fiołkowy Świt
Płeć: kocur
Matka: Miętowooka [*]
Ojciec: Twarda Gwiazda [*]
Partner: Sokoli Cień
Multikonta: Porywista Gwiazda, Miodowa Łapa (KW); Kąsające Zimno (KC); Borsucza Łapa (KG)
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-22, 13:47   
   Wygląd: Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=175334#175334


Nerwowo wbijał pazury w ziemię, przegryzał wnętrze własnego policzka, a jego ogon uderzał jego łapy podczas całej przemowy, która, nawet nie zdał sobie sprawy jak i kiedy, okazała się tak długa, że pod koniec zachrypnął jeszcze bardziej. Poruszył się niespokojnie, słysząc odpowiedź kocura, ale nie był w stanie uspokoić zszarganych nerwów i usiąść, tak po prostu, jakby właśnie mieli zacząć pić herbatę i gawędzić bez większych emocji. Nie mógł. Po prostu potrząsnął głową i wciąż kroczył, przez większość czasu wbijając wzrok we własne łapy, co jakoś go trzymało na ziemi, bo każdy krok wyglądał prawie tak samo, jak poprzedni, był to jakiś wzór, który mu przypominał, że to wszystko jest naprawdę. Przy tym rozrywało go wręcz od środka i było to okropnie nieprzyjemne uczucie. Być może niektórych zdziwiłaby ilość goryczy, żalu i gniewu, wylewająca się z Zajęczego Susa, on jednak w tym momencie nie potrafił się powstrzymać. Skoro nawet Splątanej, wciąż ledwie kociakowi, nie podobało się to, co się stało na ceremonii… jak on by mógł udawać, że jest w porządku? Że go to nie dotknęło, nie wstrząsnęło praktycznie całym jego jestestwem?
Czekał. Słuchał i czekał, aż czarnofutry skończy mówić. Starał się słuchać bez wtrąceń, jednak nie powstrzymał się przed tym jednym, na początku wypowiedzi kocura:
Skąd wiesz? Skąd wiesz, że nie będzie konsekwencji? Może ten, kto w końcu uda się do Gwiezdnych, wcale nie dostanie żyć? Za karę dla nas wszystkich? A może więcej kotów umrze? – odparł gorzko, wciąż gniewnie, nieświadomy jeszcze, że owszem, Niedźwiedzia Łapa tego dnia zginie, rozszarpany przez psa, kolejny. Sokół nie mógł mieć pewności, że nie będzie konsekwencji długofalowych i poważnych dla nich wszystkich. Może Gwiezdny Klan się od nich ostatecznie odwróci, może nowy przywódca nie zostanie przez nich zaakceptowany, niezależnie od tego, kto nim będzie, może ich ukarze – śmiercią, utratą bliskich, brakiem zwierzyny, drapieżnikami u wejścia do obozu. Czymkolwiek. Nie mogli wiedzieć.
Poza tym milczał. Już przy kwestii Kruka jego mięśnie napięły się nieznacznie. Bolało go to, że zostali porzuceni przez przywódcę, ale z drugiej strony: czy mógł mu się dziwić? W klanie wydawało się być coraz to gorzej, nawet wtedy, gry jeszcze mieli przywódcę, a co dopiero teraz. Całkiem jakby nie potrafili budować, tylko niszczyć, chwiać się i wahać. Nawet ktoś, do kogo nie kierowano wyrzutów, jak Zając, miał ochotę stąd uciec. Słuchał, chociaż wydawało się, że tego nie robi, uparcie wbijał bowiem wzrok we własne łapy, krok, kolejny krok, jeszcze jeden, w tył zwrot, krok… Pytania. Cisza. Odpowiedź?
- Wszystkiego – powiedział ciszej, spokojniej, na sam początek odpowiadając na pytanie, które Sokół zadał na końcu. – Tego. Ich. Was. Nas. Siebie. Klanu. Wcale nie dziwię się Krukowi – wyrzucił z siebie, a głos mu zadrżał, bo zdał sobie sprawę, że sam w tym momencie ma ochotę odejść z tego klanu, z tych ziem, a najlepiej: przestać istnieć. – Nie wiem, na co liczyliście; że Grad umrze? Wyparuje? Że Krucza Gwiazda będzie to cały czas znosił, albo że nigdy mu się nic nie stanie i nie będzie konieczności, żeby ktoś go zastąpił? Teraz nagle obrzucacie go błotem, jakby to była jego… co, wina, że został wybrany na zastępcę i się tego podjął? – kontynuował spokojniej, mimo iż oczy niebezpiecznie mu błyszczały, jakby zaraz miały się z nich polać łzy. Nie rozumiał, czemu wszyscy nagle się obudzili teraz, gdy Grad był zastępcą od… ilu? Prawie całego obiegu pór? Czemu nagle wyciągano wszystkie jego błędy? – On był w stanie chociaż zachować spokój, a nie się drzeć. Nie oskarżał innych, nie straszył, że ktoś inny wyruszy tylko „po jego trupie”, i był gotów pozostawić decyzję w łapach Gwiezdnych, a nie klanowi w ramach jakiegoś… czego dokładnie? Samosądu? Mówisz, że nie dyktujemy warunków, tylko jesteśmy społecznością, ale w takim razie czego oczekujecie? Co chcieliście osiągnąć, niemal rzucając się do gardła Gradowi? Od kiedy klan sobie wybiera przywódców? Czy Poranna Rosa nie zaginęła zaraz po tym, jak przejęła władzę w klanie? – Wiedział. Słyszał. Miętowooka żyła i miała się dobrze w tamtych czasach, a pamięć miała nadzwyczaj dobrą. Gwiezdni zaś nigdy nie zaprotestowali przeciwko takiemu zastępcy, nigdy nie wskazali Kruczej Gwieździe innego, tak, jak kiedyś posłali znak Twardemu. Bo gdyby tak było, to chyba kto inny by był na tym stanowisku. – Mogliśmy sami się zainteresować. Gradowy Podmuch sam przyznał, że liczył na to, że Kruk wróci. Inni też znikali na parę dni, na parę księżyców. Może wszyscy to wypieraliśmy – dodał gorzko na temat zniknięcia Kruka i tego, jak zastępca się zachował w tej kwestii. Jak klan mógł nie zauważyć, że przywódcy po prostu NIE MA? Nie miał na to innego wytłumaczenia, niż wyparcie. Chęć udawania, że wszystko jest po staremu… Zapewne tkwiła ona także do pewnego momentu w Gradowym Podmuchu. – Klanowicze dla klanowiczów stali się chyba gorsi niż jakikolwiek ryś, jaki chadzał po naszych ziemiach – powiedział jeszcze drżącym głosem. Taką miał interpretację tych wydarzeń, po prostu. Jego umysł – przerażony, zagubiony – nie był w stanie teraz wszystkiego odkręcić, choćby usłyszał i tysiąc spokojnie przedstawionych argumentów.
  Statystyki - lvl: 8 | S: 14 | Zr: 21 | Sz: 16 | Zm: 11 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Sokoli Cień
Gwiezdny
Skrzydło



Klan:
wicher

Księżyce: 97 [VII]
Mistrz: Malinowy Nos
Płeć: kocur
Matka: Tymiankowy Listek [NPC] (*)
Ojciec: Czyżykowy Głos [NPC] (*)
Partner: Zajęczy Sus
Multikonta: Racza Sadzawka (KW), Tonące Słońce (S), Koziczy Skok (KG), Lodowy Pył (KC), Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Krzykliwa Mewa (GK) i inni
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-24, 12:49   
   Wygląd: Wszechogarniającą czerń rozjaśniają tylko dwa punkty, od których można spokojnie dostać gęsiej skórki. Oczy Sokoła, które w kocięctwie były krystalicznie wręcz niebieskie, stały się złote, lśniące i w istocie wielce niepokojące, przypominają bowiem ślepia drapieżnika, od którego pochodzi imię kocura. Jego uszy nadal są raczej niewielkie, dość szerokie u nasady, osadzone na płaskim łbie i w dużej mierze kryją się pośród długiej, lśniącej sierści Sokoła. Jego szczęka stała się mocniejsza, tak jak i całe ciało, które zdecydowanie nie jest już ciałem kocięcia, lecz kocura wkraczającego w dorosłość. Syn Czyżykowego Głosu i Tymiankowego Listka jest bowiem krępy, dość wysoki, jego łapy zdecydowanie pokazują, jak wielka kryje się w nich siła, a szeroki kark podpowiada, że lepiej z nim nie zadzierać...
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=169135#169135


Czekał. Nie zmuszał go do tego, by siadał, bo wiedział doskonale, że to nie będzie najlepszym rozwiązaniem, a już na pewno nie po tym, jak Zając warknął na niego, że ma przestać naciskać. Tak więc dał synowi Twardej Gwiazdy przestrzeń, postanowił, że nie będzie na niego w żaden sposób próbował wywrzeć presji, chociaż prawda była taka, że z wielką przyjemnością po prostu usiadłby u jego boku starając się, pomimo trudnej dyskusji, jaka ich czekała, dać mu swoje oparcie. Domyślał się jednak, że Zając tak naprawdę go nie chce, że mógłby zareagować na podobne próby gniewem lub czymś podobnym, a on zdawał sobie sprawę z tego, że jakiekolwiek podjudzanie drugiego wojownika nie zaprowadzi go w dobre miejsce. Tym bardziej, że rozmawiali o rzeczach, w których się nie zgadzali, które były co najmniej problematyczne i widać było, że stanowią obecnie kość niezgody. Sokół jednak nie zamierzał dopuszczać do tego, by stało się to ich końcem, za bardzo kochał i szanował Zająca by uznać, że różnica zdań w tym temacie miała stanowić granicę, za którą nie przekroczy. Przecież pary bardzo często miały swoje problemy, które należało rozwiązywać, o jakich trzeba było rozmawiać. To sam syn Twardego uczył go tego, nakłaniał do tego i wymuszał na nim, by mówił o tym, co czuje i nie krył tego w sobie. I w końcu Sokół się tego nauczył, przestał przed tym uciekać i prowadził dyskusje z partnerem, odsłaniał się przed nim, mówił mu o wielu sprawach, które nie były wcale takie jasne i oczywiste, nie zamierzał również wycofywać się rakiem, chociaż jakaś frustracja pojawiła się w nim, gdy Zając zaczął znowu mówić. Gdy wyznał mu, kogo ma dość i przed czym ucieka, złapał głębszy oddech i na chwilę zamknął oczy przypominając sobie uparcie, że agresją nie jest odpowiedzią w tej sytuacji i wystarczy już, że to Zając jest tak podenerwowany i chodzi jak zwierzę zamknięte w klatce. To, trzeba przyznać, niesamowicie działało kocurowi na nerwy, ale ostatnią rzeczą, jaką chciał robić, to zmuszać partnera do siadania na zadzie.
- Wierzę - odpowiedział mu cicho. - Wierzę, że Gwiezdni nie są tak okrutni jak członkowie Miejsca Gdzie Brak Gwiazd. Ukarali nas już, pokazali, że nie podoba im się to, co się dzieje, ale nikt nie padł trupem. Ani Krzykliwa Mewa, ani Len, ani Malina, Borsuk, czy ja. Wszyscy żyjemy, mamy się lepiej lub gorzej, ale nie spotkała nas kara. Poza tym, co im by dało to, że posłaliby nam karę z nieba? Do czego miałoby to doprowadzić? Czy sądzisz, że twój ojciec chciałby śmierci kotów z Klanu za to, że mówią to co czują? Czy sądzisz, że mój ojciec i mama chcieliby kogoś zabić? - odparł na tyle spokojnie i logicznie na ile umiał. Wierzył w Gwiezdny Klan, wierzył w to, że po śmierci idzie się na Srebrną Skórkę, ale nie wierzył w to, że przodkowie są tak okrutni, by byli skłonni ich pozabijać. Poza tym to oni żyli, to oni musieli działać, podejmować swoje decyzje, a potem mierzyć się z ich konsekwencjami, Gwiezdni jedynie mogli się przyglądać i dawać im znaki, sugerować, że coś im się nie podoba. Inna sprawa, że teraz Sokół był również nieco sceptycznie nastawiony do ich wyborów - wskazali kiedyś Twardemu Kruka i jak się to zakończyło? Właśnie. To, że Szałwia chciał z nimi porozmawiać uznał jednak za najsensowniejsze, by inni nie widzieli tutaj samowoli, jak również by przodkowie faktycznie powiedzieli i wyjaśnili znak, jaki im posłali. Bo w jego mniemaniu miał on zmusić ich jedynie do zaprzestania kłótni i zrobienia czegoś sensownego. Czy którykolwiek z Gwiezdnych sprzeciwił się decyzji Szałwii? Żaden.
- Wszystkiego - powtórzył za nim spokojnie i spojrzał na niego uważnie, gdy wspomniał o Kruku. - Ja się dziwię. Wiedział z czym wiąże się bycie przywódcą, doskonale wiedział również, że już raz nas zawiódł, a Malina rozmawiała z nim wtedy próbując przypomnieć, że obrażanie się i podejmowanie decyzji w gniewie nic nie daje. Ale on nie słuchał ani jej, ani nas, ani nawet głosu rozsądku, to zaś co zrobił jest z jego strony jedynie przejawem kocięctwa, obrazy majestatu i chęci ukarania całego Klanu. Tak samo z wyborem Gradowego Podmucha, to nic innego, jak jego próba dania nam prztyczka w nos - odparł siląc się na spokojny ton i o dziwo udało mu się go zachować, chociaż serce zaczęło bić mu o wiele mocniej. Czuł, że gorycz i gniew również podchodzą mu do gardła, ale był na tyle dojrzały, by umieć nad nimi zapanować i zmusić je do tego, by powróciły do jego wnętrza, gdzie powinny czekać na chwilę jego samotności, gdy pójdzie polować lub cokolwiek takiego.
- Może. Może naiwnie liczyliśmy, że Kruk doczeka jego śmierci i wybierze innego zastępcę. Skąd mam wiedzieć, Zającu? Nie odpowiadam za cały Klan. Cóż, tak, to jest jego wina. Zrobił pierwszy błąd nie słuchając innych, nie patrząc na to, co mówią inne koty. Został zastępcą wbrew wszystkim i strasznie się dziwił, że się sprzeciwiamy. Gdyby miał rozum i nie gonił za wielkością, umiałby z godnością zrezygnować - zauważył całkiem spokojnie, bo dla Sokoła ta sprawa była tak oczywista, jak to, że słońce każdego dnia wschodzi i zachodzi. Nie krył się tutaj żaden haczyk, po prostu jeśli ktoś wiedział, że się nie nadaje, że jest obrzucany błotem, że jest w oczach Klanu nikim, to dla dobra tego Klanu, którym się zasłaniał, powinien zrezygnować i poważnie przedyskutować z przywódcą wybór nowego zastępcy. Widać jednak władza uderzyła mu do łba. - Powtarzam, nie jestem Klanem, Zającu. Ja wyraziłem swoje zdanie i uważam, że Grad powinien mieć na tyle rozumu, żeby nie iść w zaparte, a zastanowić się nad tym, co się dzieje. Widać nie ma go w ogóle. I czyni to zapewne od zawsze, nie myśl sobie, że to pierwszy taki przypadek, proszę cię. Moja babka zginęła i nie kryje się za tym żadna kara Gwiezdnych, czy cokolwiek takiego. Czy w śmierci twojego albo mojego ojca dopatrujesz się czegoś podobnego? Śmierć nadchodzi i tyle. Koniec.
Odetchnął. Rozmowa z Zającem była niesamowicie trudna, bo on wszędzie widział jedynie władzę, ingerencję Gwiezdnych i zasłaniał się Kodeksem jak tarczą starając się jeść z niego każdą literę, a nie pozwalając na to, by jego własny rozum powiedział mu cokolwiek mądrego. Zaciął się i zaparzył z wściekłości nie mogąc dopuścić do siebie myśli, że koty całe życie decydują same za siebie, że podejmują decyzje, błędne lub dobre, a później ponoszą konsekwencje swych czynów. Teraz również będzie podobnie, nic tego nie odmieni, ale Sokół nie wierzył w jakieś idiotyczne kary od przodków, którzy sami byli tacy jak oni i przeżywali podobne dylematy. Mogli ich ostrzegać i dawać im znaki, jednakże nic więcej.
- Mogliśmy. Nigdy nie powiedziałem, że było inaczej i to jest nasza wina, jego winą jest tylko to, że nie powiadomił o tym całego Klanu, o swoich przypuszczeniach, o tym, co sam już wiedział. Skoro chce być przywódcą, to niech zachowa się jak on, a nie knuje w legowiskach albo uważa, że sami się o wszystkim dowiemy - odparł prosto, a później westchnął ciężko. - Takie jest twoje zdanie - dodał jedynie, bo zupełnie nie zgadzał się z rozgoryczonym partnerem, który w jego mniemaniu zachowywał się teraz niczym młody terminator. Był zagubiony, oczywiście, był zagniewany, ale nie chciał spojrzeć na to wszystko z boku. Sokół miał nawet wrażenie, że w ogóle nie słucha tego, co do niego mówi albo przekręca część jego wypowiedzi na własną modłę. Nie zamierzał jednak o nic go obwiniać, musiał dać mu czas i pozwolić, by gniew z niego wyparował i rozum przyszedł do głosu.
_________________
never say die...............
...............never say no
you got to look them in the eye
a n d . d o n ' t . l e t . g o

when it's your own blood you'll bleed
and your own t e a r s you'll c r y
when you're bought up to believe
that it's the strong who survive
✫ NEVER SAY DIE ✫
  Statystyki - lvl: 8 | S: 28 | Zr: 14 | Sz: 11 | Zm: 10 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Zajęczy Sus
Gwiezdny
trwam


Klan:
wicher

Księżyce: 93 [ lipiec ]
Mistrz: Fiołkowy Świt
Płeć: kocur
Matka: Miętowooka [*]
Ojciec: Twarda Gwiazda [*]
Partner: Sokoli Cień
Multikonta: Porywista Gwiazda, Miodowa Łapa (KW); Kąsające Zimno (KC); Borsucza Łapa (KG)
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-24, 14:02   
   Wygląd: Jeden z najmniejszych kocurów w całym Wichrze. Jego futerko jest bure tygrysio pręgowane z białymi znaczeniami na piersi, brodzie, tylnych łapach i palcach przednich łap, a oczy - bladozielone. Ma bliznę na brodzie i oderwane 3/4 małżowiny lewego ucha. Powoli zaczyna mieć problemy ze wzrokiem, jego chód jest nieco sztywniejszy, niż kiedyś, a na pyszczku, nad białą żuchwą, pojawiają się pierwsze siwe włoski.
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=175334#175334


Nie wiedział, nie miał pojęcia, że jego słowa się spełnią, że zginie Niedźwiedzia Łapa, teraz mógł tylko słuchać i pozostawał bez argumentów. Mógł tylko zacisnąć powieki i wymamrotać „nie wiem”, bo właśnie… nie wiedział już nic, nie wiedział, czego sam chce, czego chciał klan, a już w ogóle: czego życzyli sobie Gwiezdni. Może jednak zawalenie obozu było karą? Ostrzeżeniem? Może teraz też się wydarzy coś złego? Przełknął ślinę i nic nie mówił. Miał wrażenie, że Sokół bardziej widzi jedną stronę tej sytuacji, a nie dwie.
Słuchał i milczał. Wymówki – każdy miał swoją granicę; najwyraźniej ostatnie zebranie było taką granicą dla Kruczej Gwiazdy. Zając sam bał się, że on teraz pęknie i stąd ucieknie, zostawiając wszystkich i wszystko. Wymówki – klan teraz miał mieć wpływ na to, kim zostanie przywódcą, a jakoś nikt nie potrafił przedyskutować z Krukiem kwestii tego, że chcieliby zmiany zastępcy. Wymówki – nie wszystko było winą Gradowego Podmucha. Wyrażanie swojego zdania przez jego partnera… nie pomagało teraz Zającowi. Miał tylko wrażenie, że ten próbuje go do czegoś przekonać, jednak im dłużej słuchał, tym bardziej rozumiał, że nie chodzi o przekonanie go, tylko pokazanie perspektywy tych, którzy się sprzeciwili Gradowi. Ale co to zmieniało? Nic nie usprawiedliwiało w oczach buro-białego wojownika ich zachowania. I nie obwiniał w tym momencie tylko Sokoła. Zresztą, jego największym przewinieniem w oczach syna Twardej Gwiazdy było po prostu wyciąganie tego, że Grad został wybrany niezgodnie z Kodeksem Wojownika. W momencie, gdy ten miał stać się przywódcą, jego sposób wyboru na zastępcę się praktycznie nie liczył. Reszta, reszta zachowała się o wiele gorzej. Potrząsnął lekko głową i nic nie odpowiedział.
Potrzebuję czasu – warknął w końcu, wbijając pazury w ziemię, jednak warknięcie nie było skierowane bezpośrednio w Sokoła, po prostu było wyrazem jego frustracji, tego, jak ciężko mu w tej chwili było. Nie potrafił pod wpływem rozmowy po prostu nad tym przejść, stwierdzić „no, rozumiem, masz rację, już mi lepiej”, bo nie, nie rozumiał. Wolał pozostawić to wszystko w zawieszeniu, przeczekać, ułożyć to sobie, a potem zdecydować – wóz albo przewóz. Zarówno w kontekście bycia członkiem tego klanu… jak i bycia partnerem Sokoła. Posłał ostatnie spojrzenie partnerowi, jednak trudno było w ogóle odczytać, co chce nim przekazać, po czym… znowu zerwał się do biegu, stawiając na ucieczkę, a serce zakuło go na myśl o tym, że nic już nie będzie takie, jak dawniej, w żadnej kwestii. A zaraz po tym pojawiła się myśl, że jest paskudnym egoistą. Ale nie mógł sobie z tym poradzić, coś pękło, na obrazie jego klanu powstała paskudna rysa, nie potrafił normalnie na nich patrzeć, nie potrafił już myśleć, bo w jego wnętrzu aż się gotowało… I wiedział, że musi załatwić to sam ze sobą.

zt
  Statystyki - lvl: 8 | S: 14 | Zr: 21 | Sz: 16 | Zm: 11 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Sokoli Cień
Gwiezdny
Skrzydło



Klan:
wicher

Księżyce: 97 [VII]
Mistrz: Malinowy Nos
Płeć: kocur
Matka: Tymiankowy Listek [NPC] (*)
Ojciec: Czyżykowy Głos [NPC] (*)
Partner: Zajęczy Sus
Multikonta: Racza Sadzawka (KW), Tonące Słońce (S), Koziczy Skok (KG), Lodowy Pył (KC), Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Krzykliwa Mewa (GK) i inni
Interwencja MG: tak
Wysłany: 2018-06-25, 12:00   
   Wygląd: Wszechogarniającą czerń rozjaśniają tylko dwa punkty, od których można spokojnie dostać gęsiej skórki. Oczy Sokoła, które w kocięctwie były krystalicznie wręcz niebieskie, stały się złote, lśniące i w istocie wielce niepokojące, przypominają bowiem ślepia drapieżnika, od którego pochodzi imię kocura. Jego uszy nadal są raczej niewielkie, dość szerokie u nasady, osadzone na płaskim łbie i w dużej mierze kryją się pośród długiej, lśniącej sierści Sokoła. Jego szczęka stała się mocniejsza, tak jak i całe ciało, które zdecydowanie nie jest już ciałem kocięcia, lecz kocura wkraczającego w dorosłość. Syn Czyżykowego Głosu i Tymiankowego Listka jest bowiem krępy, dość wysoki, jego łapy zdecydowanie pokazują, jak wielka kryje się w nich siła, a szeroki kark podpowiada, że lepiej z nim nie zadzierać...
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=169135#169135


Nie. Nie próbował wmusić w niego swojego zdania, zdania reszty kotów z Klanu, buntowników, zdrajców, czy jak chciał ich nazwać. Konsekwentnie próbował przedstawić Zającowi to, co czuje, co uważa, co widzi i o czym myślał, chociaż oczywiście, były w tym wszystkim luki. W czym przyznał rację partnerowi i nie zamierzał się od tego wykręcać, bo to byłaby ostatnia rzecz, jakiej by się poddał. Nie był kłamliwym mysim móżdżkiem, na osty i ciernie! Starał się, to nie było tak, że nie próbował z nim rozmawiać, poza tym naprawdę zachowywał spokój wiedząc, że właśnie to jest teraz najważniejsze. Przyjął również do wiadomości argumenty Zająca, nad którymi zamierzał się zastanowić i musiał przyznać, że faktycznie zachowywali się jak głupcy pozwalając już Gradowemu Podmuchowi być tym zastępcą, jakby zakładali, że on prędzej zdechnie, niż będzie przewodził Klanowi. To była ich wina, prawda. Krucza Gwiazda być może miał faktycznie swoje granice, ale im bardziej stawał okoniem, tym bardziej denerwował Klan, który również miał tego dość, który podnosił, że to nie może tak wyglądać, a przywódca nadal szedł w zaparte. Był, cóż, zdaniem Sokoła był po prostu za słaby na to, by udźwignąć ostatecznie to brzemię i podobnie jak Zając uważał, że Gwiezdni za wszystko ich pokarają, co było w oczach syna Czyżyka błędnym podejściem i założeniem.
- Dobrze – powiedział prosto nie zamierzając go zatrzymywać, ani gonić, ani się na niego wydzierać, czy coś podobnego. Zanim jednak Zając odszedł, zanim umknął, zanim zdołał dać mu zwierzynę, odezwał się jeszcze: - Nawet jeśli uważasz mnie za najgorszego kota na świecie… Nadal cię kocham i jesteś dla mnie najważniejszy – burknął, chociaż nie mógł mieć nawet pewności, czy jego partner go usłyszał. Pozwalał mu jednak odejść, pozwalał mu żyć własnym życiem, skoro teraz tego Zając potrzebował. Może okaże się, że w ogóle tego pragnie i chociaż Sokół wygnał z myśli tę obawę, wiedział doskonale, że jest ona uzasadniona i wcale nie jest taka irracjonalna. Najwyżej będzie musiał nauczyć się żyć z cierniem w sercu.

//zt
_________________
never say die...............
...............never say no
you got to look them in the eye
a n d . d o n ' t . l e t . g o

when it's your own blood you'll bleed
and your own t e a r s you'll c r y
when you're bought up to believe
that it's the strong who survive
✫ NEVER SAY DIE ✫
  Statystyki - lvl: 8 | S: 28 | Zr: 14 | Sz: 11 | Zm: 10 | HP: 100 | W: 70 | EXP: 400/750
 
Chłodny Oddech
Zaginiony
wśród swoich


Klan:
wicher

Księżyce: 67 (luty)
Mistrz: Gradowy Podmuch > Sokoli Cień
Płeć: kocur
Matka: Krzykliwa Mewa
Ojciec: Bezchmurne Niebo*
Multikonta: Jeżynowy Cierń (KR), Szepczący Pył (GK)
Wysłany: 2018-08-07, 09:26   
   Wygląd: Chłodny nigdy nie był zbyt wysoki i tak już pozostało. Jest średniej wielkości, dość przysadzistym, ale dobrze zbudowanym kocurem. Posturę odziedziczył po ojcu, choć jest osadzony na nieco dłuższych łapach. Po Niebie może także poszczycić się krótkim, miękkim i gęstym futrem, którego barwa to połączenie obojga rodziców - szarość ojca, którą miejscami pokrywa obecna w mniejszej ilości matczyna biel. Jest ona obecna na piersi, brodzie, brzuchu, końcówce ogona oraz wszystkich czterech łapach w postaci krótkich skarpetek. Lekko wydłużony pysk kocura zdobią dwa ciemnoniebieskie ślepia, spiczaste uszy (prawe naderwane), ciemnoszary nos i gęste, białe wąsy. Podczas życia poza Klanem nazbierał też trochę blizn. Ma dwie szramy od pazurów na prawej skroni, wyraźne ślady po ugryzieniu psa na karku, podłużną bliznę na lewym udzie oraz kilka pomniejszych, słabo widocznych - głównie na łapach.
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=173448#173448


Minęło bardzo wiele czasu odkąd ostatni raz czułem w nozdrzach zapach mojego Klanu. Jest to jednak taki rodzaj woni, której nie zapomina się nigdy, przenigdy, nie ważne jak długo nie miałoby się z nią styczności. Kojarzy ci się z dzieciństwem, z przeszłością, a takich zapachów się nigdy nie wymazuje z pamięci. Ja nigdy nie wymazałem. Choć zdarzały się dni, gdy w ogóle już nie myślałem o Klanie Wichru, pogrążony w ciągłej walce o przetrwanie, zwłaszcza od kiedy los narzucił mi samotną tułaczkę bez większych perspektyw. Przywykłem już do takiego trybu życia, a w każdym razie jako tako się z nim pogodziłem. Cóż, nie miałem wyjścia, jeśli chciałem przetrwać w jednym kawałku musiałem wziąć sprawy we własne łapy. Do tego na szczęście zdążyli mnie przygotować Pestka, Fistech i Kokos, bez których już pewnie do dawna patrzyłbym na świat z perspektywy gwiazd i nawiedzał moich bliskich w snach. Ciężko było jednak mówić o poczuciu wdzięczności wobec Fistecha, który skutecznie tłamsił mnie przez wiele księżyców, zanim zbudowałem odpowiednio gruby mur wokół swojej niegdyś kruchej psychiki. Teraz nie łatwo było faktycznie wbić mi kolec w serce, moje uczucia stały się półprzeźroczyste, albo lepiej - o strukturze sita, przez które wszystko się przelewa, zatrzymując jedynie odrobinę resztek, którym pozwolę zostać.
Pchany przed siebie niewyczuwalną, acz potężną siłą szedłem w stronę źródła zapachu. Czułem radość, ale trapiła mnie jedna rzecz - kompletnie nie znałem tej okolicy. Była nowa, zupełnie nowa, nigdzie na horyzoncie nie majaczył mi klif, zapach Wichru nie mieszał mi się z zapachem Wielkiej Słonej Wody. Nie umiałem policzyć, jak wiele minęło odkąd zniknąłem. Nie przykładałem wagi do upływającego czasu, nie liczyłem dni ani księżyców. Nie chciało mi się jednak wierzyć, że jakieś miejsce może się tak diametralnie zmienić w ciągu mojego życia, więc stawiałem na dwie możliwości - pamięć płatała mi niesamowite figle i przez cały ten czas przekłamywała zapamiętaną rzeczywistość, albo coś pchnęło Klany do przeniesienia się w inne miejsce. Tego jeszcze nie wiedziałem i nie byłem pewien, co wydaje mi się być bardziej logiczne.
Na miękkich, drgających od nadmiaru emocji łapach zbliżyłem się do granicy. Tak mi się przynajmniej zdawało, bo świeżość zapachu sugerowała, że musiał tędy niedawno przechodzić jakiś patrol. Moja sierść była wytargana, miejscami przybrudzona, nosząca zapach wędrowca i ślady trudnych przepraw. Powoli szedłem wzdłuż granicy, wypatrując kogoś, kogo mógłbym zaczepić i powiedzieć, kim jestem, spytać, czy mogę wrócić do swojej rodziny. W mojej głowie wybuchła istna zamieć myślowa, pytania rodziły się jedno za drugim, nie dając mi czasu do namysłu nad żadnym z nich. Czy moja mama i rodzeństwo żyją? Czy któreś z nich ma już swoje dzieci? Czy nadal rządzi Krucza Gwiazda? Czy Gradowy Podmuch żyje? Czy w ogóle ktoś będzie mnie kojarzył, pamiętał? Czy przyjmą mnie z powrotem, czy do końca życia będę musiał się tułać samotnie po świecie? Dawno nie byłem tak podekscytowany, tak przepełniony nadzieją. W sumie to do dziś nie pamiętałem, czym jest nadzieja i dopiero woń mojego Klanu mnie pobudziła, przypominając mi bardzo, bardzo wiele.


/Mame!
_________________



reset myself
and get back on track
i don't want this isolation
see the state I'm in now?
❄ ❅ ❄
Ostatnio zmieniony przez Chłodny Oddech 2018-08-07, 09:37, w całości zmieniany 3 razy  
  Statystyki - lvl: 2 | S: 9 | Zr: 7 | Sz: 6 | Zm: 5 | HP: 75 | W: 35 | EXP: 125/150
 
Krzykliwa Mewa
Gwiezdny
W sercu oddech gwiazd



Klan:
wicher

Księżyce: 121 [II]
Mistrz: Biały Kwiat [*]
Płeć: kotka
Matka: Liliowy Płatek [*]
Ojciec: Srebrzysty Deszcz [*]
Partner: Bezchmurne Niebo [*]
Ciąża: nie
Multikonta: Tonące Słońce (S); Sokoli Cień, Raczek (KW); Kozicza Łapa (KG); Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Zamglona Łapa (GK); Czosnek (MGBG); Magnolia (NKT)
Wysłany: 2018-08-07, 10:35   
   Wygląd: Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....ghlight=#110319


Kusowąsy nie miał żadnego problemu w tym, żeby towarzyszyć Mewie w spacerze po okolicy, bo chociaż ostatnio na Klan spadały nieszczęścia, bolesne dla niego, to teraz miał promyczek nadziei – został dziadkiem!, a to bardzo wiele w końcu znaczyło, na dokładkę Krzykliwa była babcią tych samych kociąt, mieli więc wiele nowych informacji, jakimi chcieli się wymieniać, opowieściami, spostrzeżeniami i nadziejami, nic więc dziwnego, że pyski się im wręcz nie zamykały, że wydawali z siebie zachwycone okrzyki i obiecywali, że kiedy tylko ich wnuki podrosną, to zabiorą je wspólnie tam albo tam, a może jeszcze tam i tam, i w tym wszystkim Kusowąsy był na tyle uprzejmy, że nie wspominał w ogóle o wieku starszej, która pewnie w czasie, gdy jej wnuczęta zostaną terminatorami będzie miała jeszcze większy problem z biegami przełajowymi, kocica jednak nie dawała nic po sobie poznać, chociaż to prawda, że wędrowali po okolicy nieco wolniej niż wcześniej, nie przejmowała się tym jednak ani trochę, bo wiedziała, że takie jest życie, życie, które płata niesamowite wręcz psoty, bo jeszcze paręnaście księżyców temu ona w milczeniu i cierpieniu patrzyła na Kusowąsego, który również miotał się z bólu, a teraz niczym dwa skowronki ćwierkali sobie o tym i o tamtym ciesząc się, że na świecie znalazło się nowe pokolenie, zrodzone z ich dzieci, które najwyraźniej były szczęśliwe i odkrywały uczucia, co Mewę cieszyło i jednocześnie bolało, gdyż przyglądając się im przypominała sobie, jak sama wraz z Niebem gnała po ziemiach Wichru, jak tarzała się w stokrotkach, jak patrzyła na niego nie wiedząc, że go kocha; tak czy inaczej z całego serca chciała, by jej córka i Wilgotek faktycznie znaleźli radość we wspólnym życiu, w potomstwie, by byli pełni szczęścia nawet po tym, jak ich rodzice już odejdą.
- …i wyobraź sobie, że Skrzek wtedy do mnie mówi, czy ja jestem jego babcią! Widziałby kto! Tyle razy do nich zaglądałam, a ten się na mnie patrzy, jakby nie wierzył – mówiła właśnie Mewa, kiedy zbliżali się do miejsca, w którym przebywał Chłodek, a jej nos zadrżał gwałtownie, gdy doleciała do niego woń samotnika, tylko podszyta czymś, co kocica znała, nic więc dziwnego, że jej niemalże nietoperze uszy wystrzeliły w górę jak radary, ogon zafalował za nią z niezwykłą niecierpliwością i zaczęła rozglądać się poszukując źródła zapachu jednocześnie mrużąc nieco oczy, bo wzrok miała nieznacznie gorszy; zresztą, posiwiała już wyraźnie, była chudsza i jakby lżejsza, czy raczej bardziej łamliwa niż kiedyś, widać było po niej księżyce, jakie odcisnęły się na niej piętnem, ale dalej była pełna wigoru i życia.
- Hej ty! Pachniesz jak mój syn! – krzyknęła w stronę Chłodka kierując się do niego bez lęku, bo ona nie znała czegoś takiego, a Kusowąsy ruszył za nią również wyraźnie przyglądając się przybyszowi, pewnie gotów w razie czego do walki, jednak słowa Mewy zaciekawiły go i sam zaczął próbować przypomnieć sobie, czy kocica może mieć rację, ta zaś wciągała głęboko powietrze starając się zrozumieć, co się właśnie dzieje, czy to możliwe, że któreś z jej dzieci odnalazło drogę po tak licznych księżycach…?
_________________


[ you'll remember me when the west wind moves ]xxxxx
» upon the fields of barleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
» you can tell the sun in his jealous skyxxxxxxx
» when we walked in fields of g o l dxxxxxxxxxx
  Statystyki - lvl: 7 | S: 13 | Zr: 18 | Sz: 16 | Zm: 11 | HP: 100 | W: 60 | EXP: 585/600
Stat. Med. - lvl:
1 | MED.EXP: 31/100
 
Chłodny Oddech
Zaginiony
wśród swoich


Klan:
wicher

Księżyce: 67 (luty)
Mistrz: Gradowy Podmuch > Sokoli Cień
Płeć: kocur
Matka: Krzykliwa Mewa
Ojciec: Bezchmurne Niebo*
Multikonta: Jeżynowy Cierń (KR), Szepczący Pył (GK)
Wysłany: 2018-08-07, 20:25   
   Wygląd: Chłodny nigdy nie był zbyt wysoki i tak już pozostało. Jest średniej wielkości, dość przysadzistym, ale dobrze zbudowanym kocurem. Posturę odziedziczył po ojcu, choć jest osadzony na nieco dłuższych łapach. Po Niebie może także poszczycić się krótkim, miękkim i gęstym futrem, którego barwa to połączenie obojga rodziców - szarość ojca, którą miejscami pokrywa obecna w mniejszej ilości matczyna biel. Jest ona obecna na piersi, brodzie, brzuchu, końcówce ogona oraz wszystkich czterech łapach w postaci krótkich skarpetek. Lekko wydłużony pysk kocura zdobią dwa ciemnoniebieskie ślepia, spiczaste uszy (prawe naderwane), ciemnoszary nos i gęste, białe wąsy. Podczas życia poza Klanem nazbierał też trochę blizn. Ma dwie szramy od pazurów na prawej skroni, wyraźne ślady po ugryzieniu psa na karku, podłużną bliznę na lewym udzie oraz kilka pomniejszych, słabo widocznych - głównie na łapach.
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....p=173448#173448


Szedłem tak przez dłuższą chwilę, stawiając sobie co kolejne pytania o moją rodzinę i Klan. Wszystkie moje mięśnie były napięte, a zmysły wyostrzone maksymalnie jak tylko się dało, by usłyszeć każdy szelest, każdy oddech, by wyczuć każdą jedną woń w okolicy. Miałem nadzieję, że nie natknę się na jakiegoś agresywnego narwańca czy kogoś, kto mnie przepędzi. W końcu pachniałem jak samotnik, wyglądałem na dość zaniedbanego (choć wcale nie lubiłem taki być) i nie każdy mógłby uwierzyć w moje zapewnienia o korzeniach w Klanie Wichru. Bałem się, że odeślą mnie tam skąd przyszedłem albo że mnie zaatakują i będę musiał walczyć ze swoimi. Nie chciałem, by tak to się skończyło.
Nagle doznałem oszołomienia. Do moich nozdrzy dotarł zapach, bardzo charakterystyczny i niemożliwy do pomylenia z żadnym innym. Mama. Nie mogłem się mylić. Bylem pewny co do tego, że trafiłem na granice Klanu Wichru, ale to, że czuję zapach matki wiedziałem jeszcze lepiej. Moje serce załomotało i niemal poderwałem się do biegu, jednak nie chciałem nikogo zaskoczyć. Ruszyłem więc bardzo szybkim, sztywnym marszem w kierunku źródła zapachu i po chwili ujrzałem dwie sylwetki. Wiedziałem. Miałem rację. To ona. Potwierdziły to też jej słowa, które rzuciła do mnie, a moje uszy zadrgały od dźwięku jej głosu i nagle poczułem jakby wielką ulgę w sercu. Tak dawno nie słyszałem jej głosu... wątpiłem, że jeszcze kiedykolwiek go usłyszę. Że ją ujrzę naprawdę.
- Nie mylisz się. To ja... Chłodek, mamo. - odpowiedziałem dość żywo, choć głos mi wyraźnie drżał mimo, iż starałem się nad nim panować, co jednak nie było łatwe w takich okolicznościach. Przedstawiłem się moim kocięcym imieniem, żeby nie budzić żadnych wątpliwości. Nie widziałem mojej mamy od bardzo, bardzo dawna. Wyglądała już na bardzo wiekową, więc nie było mnie faktycznie dość długo, ale to nie miało w tej chwili znaczenia. Była tu. To właśnie ona mnie znalazła. Był też kocur, którego kojarzyłem, ale nie pamiętałem jego imienia. Ale to nie miało teraz znaczenia, to Krzykliwa Mewa była dla mnie teraz ważna. Trochę bałem się zbliżyć. Nagle poczułem się bardzo zagubiony. Bałem się, że to tylko urojenie, że tak bardzo wkręciłem sobie ten cały Klan Wichru, że aż czulem, słyszałem i widziałem moją rodzicielkę. Zrobiłem krok, ale zatrzymałem się i stuliłem uszy. Uchyliłem pysk, zaraz jednak go zamknąłem i z tego wszystkiego, z tego całego oszolomienia, niedowierzania i nadmiaru emocji z którym nie umiałem sobie poradzić, zdołałem tylko cicho wydukać - Przepraszam..
_________________



reset myself
and get back on track
i don't want this isolation
see the state I'm in now?
❄ ❅ ❄
Ostatnio zmieniony przez Chłodny Oddech 2018-08-07, 20:27, w całości zmieniany 1 raz  
  Statystyki - lvl: 2 | S: 9 | Zr: 7 | Sz: 6 | Zm: 5 | HP: 75 | W: 35 | EXP: 125/150
 
Krzykliwa Mewa
Gwiezdny
W sercu oddech gwiazd



Klan:
wicher

Księżyce: 121 [II]
Mistrz: Biały Kwiat [*]
Płeć: kotka
Matka: Liliowy Płatek [*]
Ojciec: Srebrzysty Deszcz [*]
Partner: Bezchmurne Niebo [*]
Ciąża: nie
Multikonta: Tonące Słońce (S); Sokoli Cień, Raczek (KW); Kozicza Łapa (KG); Srebrzysty Pazur, Jasny Poranek, Zamglona Łapa (GK); Czosnek (MGBG); Magnolia (NKT)
Wysłany: 2018-08-09, 09:18   
   Wygląd: Biel, biel, biel. Mniej więcej tak można by ją opisać, gdyby nie te czarne skarpety różnej długości, pokryty węglową barwą ogon - oczywiście nie cały! - i kilka ciemnych łat na brzuchu. I jedna, o której kocica nie wie, bo znajduje się dokładnie na jej karku, kształtem zaś przypomina idealną kropkę. Zależnie od światła jej oczy zdają się być złote lub jasnozielone, choć ona osobiście skłania się ku tej drugiej opcji. Futra nie ma ani długiego, ani krótkiego, ot takie w sam raz. Poduszki jej łap są różowe, chociaż po jej przygodach pojawiły się na nich czarne plamki. Bam, to wszystko!
   Karta Postaci: http://www.artemida.webd....ghlight=#110319


Krzykliwa nie do końca dowierzała swoim oczom i nosowi, nic więc dziwnego, że ruszyła dziarsko w stronę kocura chcąc upewnić się w przekonaniu, jakie zrodziło się w jej sercu, pamiętała powrót Nieba i Słońca, którzy ponownie zniknęli nie dając jej w ogóle żadnego znaku, że zamierzają odejść, dlatego też teraz podchodziła nieco ostrożniej do tego wszystkiego, jakby nie chciała się sparzyć, kątem oka widziała jednak, że również Kusowąsy jest dość zaciekawiony obcym kocurem, że mocno łapie jego zapach, że przygląda mu się uważnie i również spogląda w stronę swojej towarzyszki, jakby chciał ją upewnić, że faktycznie, to jest jej syn, odmieniony i dorosły, ale tak, nie było już właściwie wątpliwości, a już w ogóle nie było ich po tym, jak się odezwał, bo chociaż odszedł dawno, Mewa była w stanie rozpoznać głos własnego dziecka, była w stanie wyczuć również w jego futrze zapachy, jakich dawno nie było w pobliżu, znała kolor jego oczu, futra, wiedziała wszystko i przeczuwała to również wewnętrznie, tak więc nie dostrzegała tutaj żadnego kłamstwa, ale jakaś jej część buntowała się, jakby bała się, że go znowu straci, a może starczy głos kazał jej być nieco zrzędliwą jędzą, tak więc, gdy ten się odezwał, a ona zbliżyła się do niego na tyle, że nie było już cienia niepewności, również wyrzuciła z siebie słowa:
- Chłodek! A ja jak niby mam na imię? – rzuciła jeszcze niby to podchwytliwie, ale jej oczy migotały, widać było, że zbiera się jej na płacz i miała ochotę polizać syna po pysku, ale dzielnie się trzymała nie chcąc ryzykować, że młody za chwilę rozwieje się w powietrzu, jak jakieś senne widziadło, ale przecież stojący nieco z boku Kusowąsy również wiedział, że kot tu jest, rozpoznawał go nawet, bo kiwał lekko łbem czekając chyba, czy kocica pośle go przodem po Malinę, by powiadomić ją o powrocie syna marnotrawnego staruszki, ale dawał im na razie czas na powitanie, które w końcu stało się czulsze, bo Krzykliwa nie czekając już na jego odpowiedź nachyliła się i przesunęła szorstkim językiem między jego uszami, jakby w ten sposób chciała jeszcze sprawdzić, czy oto naprawdę ma przed sobą swego syna, krew z krwi, kość z kości, całego i zdrowego, wracającego do niej, do domu, do całej rodziny.
_________________


[ you'll remember me when the west wind moves ]xxxxx
» upon the fields of barleyxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
» you can tell the sun in his jealous skyxxxxxxx
» when we walked in fields of g o l dxxxxxxxxxx
  Statystyki - lvl: 7 | S: 13 | Zr: 18 | Sz: 16 | Zm: 11 | HP: 100 | W: 60 | EXP: 585/600
Stat. Med. - lvl:
1 | MED.EXP: 31/100
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme Saphic 1.2 created by Sopel & Sklep internetowy | Modified by Foka







Fort Florence











Bleach OtherWorld

SnM: Naruto PBF





Smocze RPG - Smoki Wolnych Stad

HogwartDream



amaimon

vampire-knight

the-avengers